148.

-I mówię wam chłopaki, dacie radę! – Mark wyszczerzył zęby w idiotycznym, komicznym wręcz uśmiechu. Po sali przeszedł szmer zażenowania. Wydawało się, że żołnierzy ciekawił bardziej odpadający tynk ze ścian niż to, co ich generał ma do powiedzenia. Mark nigdy nie był dobry w przemówieniach aczkolwiek dziś miał nadzieję, że uda mu się choć raz podbudować swoich chłopaków i dodać im nieco odwagi bez pomocy M. Suflera. Jednak już po pierwszych słowach wiedział, że nie ma żadnej siły przebicia a jego słowa rzucane są w eter. I wtedy znów zabrakło mu odwagi. Westchnął głęboko, chyba tylko po to by nadać sytuacji nieco dramaturgii.
-Nie jesteście cipami – słowa przelały mu się przez gardło jak gorąca herbata. Nagle, na sali zrobiło się cicho. Dziwny pomruk umilkł, tylko jedna osoba wciąż kasłała.
-Przyjaciele, żaden z was nie jest cipą sięgającą bezwładnie po chusteczki, kiedy poleci mu krew z nosa. Wy wycieracie ją w rękaw bo wiecie, że żyje nie ten, co się chroni ale ten, który umie żyć z bólem. Nie jesteście cipami, którym trzeba podawać do snu szklankę z wodą… – Osoba, która nie mogła uspokoić swojego kaszlu, została wyproszona z sali przez starszego mężczyznę w kapeluszu. Żołnierze obserwowali swojego szefa, który raczył ich mocnymi słowami, jakich jeszcze nigdy nie słyszeli z jego ust. Poprawność polityczna, poszanowanie godności człowieka, psia mać! Jakie to ma teraz znaczenie?
-Wiem też, że nigdy nie pozwolicie by ktokolwiek z waszych czuł się mniej potrzebny od pozostałych. Nie ma wśród was gorszych i lepszych. Jesteście rodziną. Dla rodziny się zabija i dla niej się ginie. Tylko gnidy uciekają do swoich nor, zostawiają członków swojej rodziny samotnych pośrodku niczego. Tylko gnidy zostawiają swoją rodzinę i skazują ją na śmierć…
Słowa płynęły, wypełniając uszy i mózgi jak bezwonny, ciepły płyn. Wszystkie oczy skierowane na Marka, wbijały się w jego duszę jak kolce. Co mógł chcieć usłyszeć człowiek, który za kilka godzin pożegna się z życiem?

-Jeśli kiedykolwiek braknie wam odwagi pomyślcie o swoich marzeniach. Pomyślcie ile z tych marzeń zdążyliście zrealizować. A później wyobraźcie sobie wasze dzieci, rozrywane na pół przez waszych wrogów. Łamiących im kości, wydłubujących im oczy – przełknął głośno ślinę. Było mu nieprawdopodobnie ciężko mówić te wszystkie gorzkie słowa – Gwałcących wasze żony i córki. I o ich marzeniach, które już nigdy nie będą mogły się spełnić…

Przemówienie trwało jeszcze kilka minut. Nabierało coraz to groźniejszego tonu, słowa wręcz kipiały z ust Marka, atmosfera robiła się niesamowicie gęsta. Jednak żołnierze wciąż słuchali. Jakby te okrutne słowa, hipnotyzowały ich dusze. Kiedy Mark skończył mówić, czuł jak krew w jego mózgu burzy się z podniecenia i adrenaliny. Dopiero po paru sekundach dotarł do jego uszu szum oklasków i wiwatów. Chłopcy, idźcie odpocząć. Pomyślcie nad waszym jutrem. Dziękujemy! Dziękujemy! W rogu sali, jak porzucona przez dziecko maskotka, stał młody mężczyzna i płakał. Płakał szczerymi łzami, dopóki ktoś z jego znajomych nie wyciągnął go siłą z sali.

Mark został sam z M. Suflerem. Zdołał już nieco opanować emocje ale czuł, że jego oddech nadal jest ciężki, a buzująca krew nie chce się uspokoić.
- Dziękuję. To było takie… – podał rękę mężczyźnie. Ten tylko na nią spojrzał, nie odwzajemnił uścisku. Nie podnosząc wzroku, dokończył zdanie Marka
-Podniecające? – miał na głowie czarny kapelusz, który zakrywał jego twarz. Przez to Mark nie był w stanie odczytać wyrazu jego twarzy. Sam też mężczyzna nie mógł spojrzeć wyraz zmieszania jakie opanowało Marka. Odchrząknął.
-Ciężko mi stwierdzić. W każdym razie, podziwiam pana, za to, że dysponuje pan takim darem. Moi chłopcy… ci mężczyźni…
-Wyruszają jutro na wojnę, wiem. Panie Mark’u… – dawno nikt nie zwrócił się do niego nie używając jego stopnia. Przez chwile poczuł się znieważony – Wystarczy odczytywać pewne znaki, którymi epatuje świat. A później to wszystko dopasować do kontekstu, do sytuacji. Źle się dzieje, że ci chłopcy idą na śmierć. Mam syna w ich wieku, może troszkę młodszego…Heh, ma śliczny uśmiech… – kiedy zaczął mówić o synu, jego czarny kapelusz drgnął jak szarpnięty przez wiatr. Schylił głowę nieco niżej, chcąc uchronić swoją twarz przez wzorkiem Marka. Miał na sobie długi płaszcz i ciemne spodnie moro. Mark miał pewność, że odkąd tutaj przyszedł, ani na chwilę nie zdjął z siebie wierzchniego odzienia. Przez kilka sekund stał jak zahipnotyzowany, bujając się lekko z boku na bok.
-Pozwoli pan, że już pójdę. Obowiązki wzywają. – Mark nie wiedział co odpowiedzieć. Dziwna bezradność i niezręczność sytuacji, sprawiła, że stał otępiały. Ponownie wyciągnął dłoń do mężczyzny i po raz kolejny zrobił to na próżno. Mężczyzna ominął go łukiem i prawie bezszelestnie opuścił salkę, gdzie jeszcze kilka minut temu, trzydziestu dwóch żołnierzy rozpaliło swoje serca i oficjalnie pożegnało się ze światem.

Na zewnątrz padał deszcz. Co za ironia losu, wydaje się jakby świat płakał razem z żołnierzami. A może to Bóg ? Jeśli gdzieś tam istnieje i faktycznie przejął się cierniem tych młodych mężczyzn, teraz pewnie wypłakuje się, zalewając ulice swoim cierpieniem. Wśród tych mistycznych łez sunie niczym duch starszy mężczyzna, w czarnym kapeluszu i spodniach moro. Nie widać, żeby się spieszył, nie widać też, żeby ten chód sprawiał mu trudność. Wręcz odwrotnie, zimne krople deszczu spływające po jego płaszczu, moczące jego kapelusz, są jak oczyszczająca mantra. W końcu dociera do drzwi starej kamienicy i w momencie, kiedy przekręca klucz w drzwiach, jego ramiona opadają jakby pod jakimś ciężarem, zakryta pod kapeluszem twarz szarzeje jeszcze bardziej, a po jego wychudzonych plecach przebiega dziwny, znany mu dreszcz…

-Boże, znów cały przemokłeś – już u progu mieszkania słyszy świszczący głos swojej żony. Kiedy wypowiada ostatnie słowo, z jej gardła wydobywa się obrzydliwy charkot, jakby ktoś wykasływał z siebie obślizgłego potwora. Nie musiała kaszleć aż tak, nie była przecież chora. To był tylko okaz dezaprobaty i pogardy. Tirk powoli zdjął z głowy kapelusz i odwiesił go na wieszak. Rozbierał się tempem, które nadawała mu żona swoim kaszlem. To rytuał, który towarzysz mu każdego dnia. Dopóki nie skończyła kaszleć, on nie mógł się rozebrać.
-Strasznie źle się dzisiaj czuję. Cały dzień nie mogłam wstać z łóżka.

„Nic dziwnego, pomyślał, od paru tygodni nie możesz się nigdzie ruszyć. Które nogi chciałyby nosić tyle cielska…”

Podreptał do kuchni. Oczywiście, żona nie była w stanie przygotować nic do jedzenia. Na blacie obok lodówki walały się puste opakowania po pizzy, których uprzątnięcie również było wyzwaniem dla jego ślubnej. Wyjął z lodówki pudełko, w którym była zupa z wczoraj i bez odgrzewania, zasiadł do obiadu.
-Dlaczego się nie odzywasz do mnie? – nawet się nie zorientował kiedy usiadła na przeciwko. Spojrzał w jej zielone i jakże nienaturalnie zmęczone oczy. Odruchowo, ogarnął też wzrokiem całą sylwetkę żony, jej niegdyś jędrne i olbrzymie piersi, zwisały jej teraz prawie do pępka (dlaczego, no dlaczego ona nie nosiła tego cholernego stanika??), kiedyś długa i apetyczna szyja, dziś jakby opuchnięta i pomarszczona, brzuch, który wylewał się ze spodni jak zaschnięta lawa u szczytu wulkanu… I patrzyła tak na niego, jak potwór na swoją ofiarę, a wyraz jej twarzy zmieniał się z chorobliwie udręczonego, poprzez zaciekawiony i ostatecznie pełen gniewu. Nie odpowiedział jej, nie chciał z nią rozmawiać. Wiedział, że to nic nie da.
-Nie to nie. W gruncie rzeczy, gówno mnie to obchodzi. Tak jak ciebie nie obchodzę ja… – znów ten kaszel. Wyła jak traktor na rozruchu. Dlaczego musi go tak dręczyć…
-Proszę, przestań. Nie dziś. – nie wytrzymał. Kate, bo tak było na imię potworowi, zastygła w bezruchu, z dłonią uniesioną do szeroko otwartych ust. Jeszcze raz spojrzała na męża, zgięła dłoń w pięść i kilkukrotnie uderzyła się nią w mostek jak ktoś, kto nagle się zakrztusił.
-Miałem ciężki dzień. Chcę odpocząć. – zupa smakowała jak wywar z zepsutego mięsa. Pachniała jeszcze gorzej. To budowało w nim jeszcze większą agresje. Kate wstała z krzesła i kołysząc się jak kaczka, ostentacyjnie wyszła z kuchni. Tirk mimowolnie obserwował jak jej grube dupsko faluje niczym wzburzone morze.

„Tylko gnidy uciekają do swoich pokoi, zostawiają członków swojej rodziny samotnych pośrodku niczego.”

Nienawidził jej. Ona jego zresztą też. Czuł, że świat potraktował go nad wyraz niesprawiedliwie. Jako młody chłopak kochał inną, kochał młodzieńczą i szaloną miłością. Kochał kobietę dobrą i czułą, kochał swoją przyjaciółkę i powierniczkę jego młodzieńczych problemów, marzeń i trosk. I to nie była Kate. Marry miała lekko krzywy, lecz uroczy, nosek, oczy jak węgielki i kilka pieprzyków na policzku. Wiedział też, jako jedyny, że jeden miała na piersi co nieprawdopodobnie go podniecało. Kochała tańczyć w deszczu, śpiewać ballady i długo rozmawiać. Często też płakała a łzy żłobiły na jej twarzy urocze bruzdy. Kochała też jego, a on ją skrzywdził. Na jednej z imprez spotkał Kate, która uwiodła go swoimi jędrnymi piersiami i ponętnymi, zielonymi oczami. Później wszystko zaczęło się sypać… Kate nagle zaszła w ciąże, w ten jeden najciemniejszy dla świata wieczór. Tirk został zmuszony do ślubu z dziewczyną z którą łączyła go tylko ta jedna impreza, Mary nie chciała go już więcej znać. Wyjechała z miasta i słuch o niej zaginął. Tirk czuł się winny, wiedział, że to co go później w życiu spotkało było karą za skrzywdzenie Mary i potulnie, z zaciśniętymi zębami, znosił wszelkie niedogodności. Kiedy na świat przyszedł syn Tirka, wydawało mu się, że Bóg postanowił mu nieco wynagrodzić tęsknotę za Mary i obdarował go istotką, która w uśmiechu odrobinę przypominała jego miłość. Jednak po jakimś czasie brutalnie mu go odebrał. Dziecko zmarło po kilku miesiącach, lekarze nazwali to „śmiercią łóżeczkową” choć Tirk był przekonany, że to przez zwyczajne zaniedbanie ze strony Kate. Wtedy coś w nim pękło, zamknął się na rzeczywistość i stał się po prostu jej częścią a nie istotą w niej żyjącą. Przestało go obchodzić co się dzieje w jego małżeństwie, nawet nie zrobiło mu się przykro kiedy dowiedział się, że Kate sypia z innymi facetami. Nie czuł obrzydzenia, kiedy wracała do domu i po upojnym seksie z kochankiem, kochała się również z nim. Drażnił go tylko zapach obcych perfum na jej ciele, który po każdym seksualnym uniesieniu,wcierał się w pościel jak zimne masło i kromkę. Miał poniekąd nadzieje, że kobieta ponownie zajdzie w ciąże i ponownie rozpali w jego duszy iskierkę nadziei czym wskaże sens życia.
Nigdy więcej Kate nie była w ciąży.
Obojętność wobec kobiety z którą musiał codziennie przebywać, którą musiał znosić, pielęgnować i zaspokajać, przerodziła się nienawiść. W złość, która przesiąkała każdy zakamarek ich mieszkania. W gniew, który budował atmosferę i zakazywał rozmów, który spowodowała, że Kate się roztyła do monstrualnych rozmiarów, który przyniósł Tiriemu sposób na życie, który nie pozwalał na spłodzenie syna. Czuł się jak Hiob, z tą różnicą, że sam był winien krzyża, który musiał dźwigać.
- Będziesz szedł do pokoju to weź dla mnie szklankę wody. I leki.

„Nie jesteście cipami, którym trzeba podawać do snu szklankę z wodą…”

Szklanka wody stała na blacie. Ta szmata nawet nie potrafiła zabrać jej ze sobą. Wszedł do pokoju i zastał codzienny obraz – zdenerwowana Kate zatykała nieporadnie chusteczkami nos z które sączyła się brunatna maź.

„Przyjaciele, żaden z was nie jest cipą sięgającą bezwładnie po chusteczki, kiedy poleci wam krew z nosa.”

-Nie patrz na mnie teraz. Wyjdź! – odstawił szklankę na półkę obok drzwi i zamknął je za sobą.

Kate umierała. Od kilku tygodni konała w ciszy, bez przyjaciół u swego boku, bez matki, ojca ani dzieci. Miała obok tylko męża, który jej nie kochał. Który czekał, jak żołnierz na swą końcową mowę. Usiadł przy stole, wyciągnął z kieszeni spodni pomiętą kartkę oraz długopis. Musi napisać kolejną przemowę. Z pokoju obok dało się słyszeć okropne charczenie, połączone z dziwnym gwizdaniem i szlochem. Szloch przerodził się w dzikie zawodzenie, które w pewnym momencie zostało przerwane nagłymi konwulsjami. Kate zwymiotowała.

Tirk nie przestawał pisać.

„Tylko gnidy zostawiają swoją rodzinę i skazują ja na śmierć…”

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „148.

  1. ~domi pisze:

    to opowiadanie jest naprawdę dobre… przeczytałam już go dawno, ale dalej mi siedzi w głowie. daje baaaardzo dużo do myślenia. i utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że Ty powinnaś w swoim życiu pisać książki, opowiadania, felietony. jestem poruszona tym co piszesz, a założę się, że nie byłaym jedyna. gdyby tylko inni ludzie mieli okazję to czytać! buziaki moja meri :*

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>